Instytut Różnorodności językowej Rzeczpospolitej

Nagranie:
Marta Osińska, Wioleta Sawicka

Przepisanie:
Aleksandra Krawczyk-Wieczorek

Opracowanie:
Irena Harasimowicz

Informatorka:
Teresa Groszczyk – ur. 1927 r. w Witorówku; rodzice pochodzili z Wiktorówka i Rudna; rolnicy; ukończyła 4 lata szkoły podstawowej; przez rok chodziła do szkoły niemieckiej; pracowała w gospodarstwie; nie podróżowała

Informacje uzupełniające

Tekst został nagrany 29 grudnia 2007 r.

Transkrypcja

W czterdziestym ósmym roku brałam ślub. Była pogoda bardzo brzydka. Padało, a ja płakałam. Bo tak: mamy ni miałam, ojca też nie miałam, bo już zgineli w czasie wojny, nie. To już byłam sierota, siostra mnie wiyprawiała to wesele.

No i tak płakałam. A tam wszystko już przykrywali, robili, nie. Ja mówie: „do czego wy to robicie?” „No przecież dziś jest twój… jutro byjdzi twój ślub.” „Boże, moja mama nie bydzie przy mnie”, tak rozpaczałam. „Ale nic, nie płacz, dziewczyno, nie płacz. I jeszcze taka pogoda do tego – beńdzie pogoda w porzondku.” I właśnie tak sie stało.

Tak jak padało, tak na drugi dzień pogoda śliczna taka była, słońce świciło, peirszy mróz prziyszed, jechałam na samych gwiazdach. Tak sie szkliło wsziysko, nie. I takie myło [?] „widzisz, patrz, jakoś pogode masz, byłaś dobru. Psyfutrowała sie już bo to prawda. No, taka prawda nieboć ma być.” No i była teyż pogoda bardzo pinknao.

Było dziewić [!] bryków, nie, bo to kiedyś ni mieli tych autów, samochody. To były bryczki w konie. Miałam czarną bryczke i białe konie. Bo myśmy mieli w domu białe konie, ni. No pieinknie.

No i też tam, przedtem takie deklamacje były, i to wszystko tak płakało, płakało… Ja mówie: „co oni płaczou, toć to już chiba wesele, a nie pogrzeb, nie, że oni tak płaczu”, nie.

No alie że tak przykro mi było, że ino tak o jeszcze takiego ducha miała i tego. A ja w ogóle sie nie chciała żeynić, bo ja chciała do klasztoru iść. Nie miałam nigdy w planie żenaczki [!].

I ksiądz chodził po kolyendzie, tak, chodził po kolyendzie i szwagier mój mówi tak: „weisz ty co, ksiądz mówił dziś na kazaniu, że byńdzie ty młode panny…” Ale tak, mówi, „brał krótko kateizmu, że nie wiem.” A ja mówie: „on może mie w każdej chwili brać, ja na każde pytanie moge odpowiedzić i odpowiem”, nie.

No i przyszła ta kolenda. Ja stanełam księdzu tak ze szczytu koło krzesełka, ni. A on tak siedział, no ale mówi: „mi sie widaje, że tu gdzieś jeszcze jedna panienka musi być”, nie?

Siostra była starsza ody mnie o pięć lat. No i teraz co. A ón sie, a szwagier mówi: „tak, właśnie u księdza za plecami stoi”, nie. I on tak sie odwrócił, mówi: „a ty sie dobrze mól’d, ty dostaniesz dobreygo męża.” Jej, ja tu o klasztorze, a on mi o meynżu opowiado, ni?

I tak sie stało: w maju sie zapoznałam, nie, i w listopadzie czterdziesteygo ósmygo roku braliśmy ślub, nie. I mówie, taka pinkna pogoda była, że ach, naprawde.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.